IMG_1451

[CANNES 2017] ,,Wind River”, reż. Taylor Sheridan

Podczas seansu ,,Wind river” miałem nieodparte wrażenie, że zapowiadana premiera trzeciego sezonu ,,Miasteczka Twin Peaks” miała miejsce parę dni wcześniej. Dość spojrzeć na fabułę filmu Taylora Sheridana, by skojarzenia nasunęły się same. Pośród mroźnych gór stanu Wyoming, w rezerwacie Indian, miejscowy myśliwy Cory Lambert (zaskakująco dobry Jeremy Renner) znajduje zamarznięte ciało rdzennej Amerykanki. Została zgwałcona i pobita. Jak znalazła się w środku lasu, ponad 6 mil od najbliższego miejsca zamieszkania? Przecież poruszała się boso, niemożliwym jest więc, by sama przebiegła taki dystans. ,,To wojowniczka” odpowiada na nasze wątpliwości Lambert, i rozpoczyna swoje śledztwo.

,,Wind River” to typowo męskie kino, podobne w duchu do poprzedniego projektu Sheridana, czyli ,,Aż do piekła”. W obu tych dziełach na pierwszy plan wysuwają się skojarzenia z kinem westernowym. ,,Wind River” to w gruncie rzeczy standardowy, archaiczny wręcz, kryminał. Jednak oldschoolowość tego dzieła jest paradoksalnie jego największą siłą. Główny bohater, niczym John Wayne w ,,Poszukiwaczach” czy Clint Eastwood w ,,Brudnym Harrym”, to twardziel jakich kino akcji widziało wielu. Nie mówi za dużo, a jak już mówi, to prosto z mostu i bez większych ogródek. Czasem sypnie jakimś złotym onelinerem, czy wykaże się swoją sprawnością bojową. Towarzyszy mu oczywiście nieporadna niewiasta Jane Banner (Elizabeth Olsen), która co prawda jest agentką FBI, ale ewidentnie nie nadaje się do tej roboty i co rusz musi zdawać się na doświadczenie protagonisty.
Taylor Sheridan świadomie nawiązuje do tradycji kina akcji, ale jednocześnie dba o pogłębienie psychologiczne swoich postaci. Lambert to z jednej strony fasadowy twardziel, który na wszystko ma jakąś męską odpowiedź, z drugiej facet pozbawiony głębszego sensu życia, przypominający nieco Lee z ,,Manchester by the Sea”. Wspomnienia przeszłości nie opuszczają protagonisty, który targany poczuciem pustki wyrusza na kolejną łowiecką wyprawę.
IMG_1451
Zaletą ,,Wind river” jest sposób prowadzenia narracji przez Sheridana. Amerykanin odsłania przed widzem swoje karty w dosyć wyrafinowany sposób, zwłaszcza, gdy korzysta z jednej kluczowej retrospektywy. Manipuluje naszą wiedzą, ukazując pewne fakty i zatajając inne. W ten sposób zostajemy wciągnięci nie tylko w historię samego śledztwa, ale także poszczególnych bohaterów

Temat rdzennych Amerykanów i ich praw w Stanach Zjednoczonych zdecydowanie zasługuje na więcej filmowej uwagi. Sheridan z jednej strony nie zamienia indiańskiej kultury w cepelię, za co należą mu się wyrazy uznania. Jednak z drugiej, rozważania na temat Indian i ich sytuacji są ledwie sygnalizowane w paru dialogach. Można by to zdecydowanie bardziej rozwinąć, i być może dać głos samym Indianom, a nie kazać wszystko deklamować samemu Jeremy’emu Rennerowi.
Na uwagę zasługuje również strona audiowizualna filmu. Efektownie sportretowana natura podkreśla wyobcowanie i samotność bohaterów, a także nadaje dziełu surowy, mroczny klimat. Całość okraszona jest, świetną jak zawsze, muzyką tandemu Nick Cave – Warren Ellis. Subtelne country oraz proste kompozycje na skrzypce i pianino sprawiają że na pierwszym planie pozostają wydarzenia na ekranie.
Finałowa scena akcji to prawdziwy majstersztyk, w którym każdy wystrzał brzmi jak eksplozja, a każde trafienie wyglada tak, jakby miało rozerwać ciało. Poprzedzająca ją sekwencja to również filmowa perełka. Wypełniona podskórnie wyczuwalnym napięciem, ma w sobie cos głęboko niepokojącego.

Najnowsze dzieło Taylora Sheridana z pewnością narobi w najbliższych miesiącach sporo szumu. Jest to bardzo solidne kino gatunkowe, tradycyjne fabularnie i efektowne formalnie. Kto wie, może właśnie ,,Wind River” przypadnie do gustu Jury z Umą Thurman na czele? Nie byłbym zaskoczony.