4a6a8922-copy

O ile tytuł jednoznacznie podpowiada nam szekspirowską sztukę, to osobiście bardziej kojarzyła mi się ,,Lady M.” z ,,Wichrowymi wzgórzami”, szczególnie w adaptacji Andrei Arnold. Oldroyd, podobnie jak reżyserka ,,Fish tanku”, stawia na dużą dozę chłodnego i brutalnego naturalizmu. Skupia się przy tym nasyconych prostym pożądaniem relacjach pomiędzy Katherine (Florence Pugh) a stajennym Sebastianem (Cosmo Jarvis), co zostaje jeszcze bardziej wyeksponowane przez zamieszkiwany przez nich fasadowy, pozbawiony ciepła dom.

Reżyser stawia jak na debiutanta bardzo pewne kroki, stosując ciekawą, nieco rwaną narrację. Brytyjczyk dba też o stronę wizualną, szczególnie o kadrowanie, często skupione na znajdywaniu gdzieś pośród ciasnych ścian willi Lady M. symetrii, nieco nawiązując w ten sposób do Kubrickowskiego ,,Barry’ego Lyndona”.

Brytyjczyk nie koncentruje się jednak jedynie na wątku romantycznym, cierpliwie ukazując podział społeczny, różnice klasowe, rasowe oraz mizoginię XIX-wiecznej Anglii. Jest to ewidentnie rewizjonistyczny obraz, nie ucieka się on jednak do prostych feministycznych haseł. Lady M., choć stawia czoło nierównościom i umiejętnie walczy o emancypację, robi to z iście makiaweliczną manierą. Widz zawieszony jest więc w moralnym limbo, nie do końca wiedząc, do jakiego stopnia kibicuje protagonistce. Taki dylemat byłby ogólnie całkiem ciekawy, gdyby nie kwestia aktorstwa.

lady-macbeth-filmJest ono jedynym zgrzytem, który niestety mocno utrudnia zanurzenie się w filmowym świecie. Szczególnie zawiodła wcielająca się w tytułową rolę Florence Pugh. Katherine w jej interpretacji to groteskowy potwór, z którym ciężko jakkolwiek sympatyzować. Cała kreacja wydaje się zbyt samoświadoma ponieważ aktorka zbyt dosłownie stara się przedstawić swoją postać jako złą i wypaczoną, przez co całość staje się dosyć karykaturalna. Podobnie rzecz ma się z resztą obsady, która konsekwentnie daje popis zbyt przeszarżowanego aktorstwa.

Stoi to w dużym kontraście ze stonowanym tempem i oszczędną muzyką, które tworzą subtelną grę niedopowiedzeń. ,,Lady M.” bawi się odniesieniami do angielskiej literatury, nasączając je jednocześnie współczesną lewicową myślą. Jednak gdzieś w tej intelektualnej mieszance Oldroyd nieco gubi trop, tworząc momentami nieco zbyt mętną i naiwną historię.